Acapulco to najpiękniejszy port ze wszystkich odwiedzonych - dla mnie osobiście. To miasto, w którym słońce ma inny (lepszy) kąt padania :)
Zazwyczaj chodziłam oglądać skoki meksykańskich chłopaków do wody. Stają oni na skałach w małej zatoczce i wraz z przypływem rzucają się w fale. Normalnie woda w tym miejscu sięga do kolan... Stąd zawsze dreszczyk emocji, czy skoczek dobrze obliczył ten właściwy - bezpieczny moment skoku.
Mniej doświadczeni skoczkowie rzucają się z najniższych skał, następnie z wyżej położonych - tutaj skaczą we dwoje, troje - wykonując w powietrzu fikołki lub inne figury.
Ostatni skoczek rzuca się w wodę z samego szczytu. Wcześniej odstawia jednak "teatrzyk", dodając emocji i zgarniając dla siebie większy podziw: klęka u ołtarza Matki Boskiej i modli się o szczęśliwy skok. Gdy skończy, wstaje z klęczek i domaga się braw na zachętę. Następnie długo czeka ważąc właściwy moment.
Skoki są jedną z głównych atrakcji Acapulco. Gdy nie tam, chodziłam wzdłuż głównej ulicy ni to zwiedzając, ni to robiąc zakupy - obowiązkowo się targując :)
Meksykanie są niesamowicie otwartymi ludźmi. Kiedyś wsiadłam do taksówki, miałam do przejechania całe miasto. Rozmowa obracała sie wokół pracy na statku, miejsc gdzie byłam. Taksówkarz zazdrościł, że byłam w San Francisco. Odpowiedziałam - zgodnie z prawdą - że dużo bardziej podoba mi się Acapulco i że chyba mogłabym tu żyć. Kierowca był tak "połechtany" tą odpowiedzią i tak mu wzrosła jego duma narodowa, że gdy tylko dowiedział się, że jestem muzykiem stwierdził, że tutaj tez jest filharmonia, że pracują tutaj ludzie z Europy itd. W końcu mnie zawiózł pod Filharmonię i powiedział, że pójdzie ze mną do biur rozmawiać w sprawie pracy :)